Piekarnia K. i A. Cichowscy, E. Federowicz Sp. J.

ul. Korkowa 68 04-519 Warszawa
tel. 22 332 65 45
fax 22 813 08 55

ul. Malownicza 33
02-272 Warszawa
tel. 22 332 65 00
mail: kontakt@piekarniagrzybki.pl

Grzybki - Historia

Sklep firmowy przy ulicy Korkowej 68 jest chyba największym w mieście sklepem z pieczywem. Każdego dnia można kupić tu kilkadziesiąt gatunków chleba i bułek oraz równie duży wybór ciast.

Ścianę zdobi dyplom czeladniczy Henryka Cichowskiego, założyciela firmy. Jest powiększony do olbrzymich rozmiarów, z łatwością można więc przeczytać: Urząd Starszych Zgromadzenia Piekarzy w mieście Przasnyszu przekonawszy się z dowodów przedstawionych przez Pana Henryka Cichowskiego praktykanta piekarskiego rodem z Cichowa o uzdolnieniu Jego w rzemiośle swojem, na zasadzie praw Rzeczpospolitej Polskiej o rzemiosłach, kunsztach i profesjach, uznał go jako czeladnika w dniu 31 października roku 1927 i do właściwej Księgi Cechowej pod N° 10 zapisał. W dowód czego Dyplom niniejszy stwierdzony podpisami i pieczęcią Zgromadzenia wydany zostaje Henrykowi Cichowskiemu.

– Ojciec traktował swój zawód niezwykle poważnie. Ten dyplom to była dla niego świętość – opowiada Krzysztof Cichowski. – Był pierwszym piekarzem w rodzinie. Pochodził z Cichowa, małej miejscowości w okolicach Nidzicy, uroczej, ale biednej. Mając czternaście lat stwierdził, że w gospodarstwie ojca nie ma dla niego przyszłości. Bardzo szybko, bo zaledwie po kilku latach nauki, został przyjęty na wspólnika przez właściciela piekarni w Przasnyszu.

Droga do obecnego sukcesu firmy była jednak długa i wyboista. Wojna przerwała pracę Henryka Cichowskiego. W sierpniu 1939 roku został zmobilizowany i służąc w 11 Pułku Piechoty bronił Warszawy. Podczas okupacji zaangażował się w działalność podziemną, w 1940 roku wstąpił do AK. Dwa lata później został aresztowany i wywieziony do obozu Mauthausen-Gusen. Przeżył tam trzy lata. Po wyzwoleniu przez Amerykanów podjął pracę w lazarecie. Zachowało się zaświadczenie, które otrzymał, gdy odchodził, by wrócić do Polski.

Dyrekcja poświadcza, że p. Cichowski Henryk, urodzony dnia 2. IV. 1910 r. był zatrudniony w tutejszym lazarecie od dnia 26. IV. do18. VIII. br. w charakterze piekarza. Wykazywał dużo hartu i poświęcenia w służbie idei niesienia pomocy nieszczęśliwym ofiarom niemieckiego terroru, byłym więźniom obozów koncentracyjnych z Gusen i Mauthausen. Sam jako były więzień Gusen, mimo złego stanu zdrowia, potrafił pomagać nieszczęśliwym chorym nawet w ciężkich warunkach aprowizacyjnych. Zaskarbił sobie pełne uznanie u wszystkich chorych i zdrowych. Z odejściem jego tracimy jednego z najlepszych współpracowników personelu tutejszego lazaretu.

– Ojciec zawsze był świetnym organizatorem, wielkim optymistą, mówiliśmy, że wszystkim ładuje akumulatory – wspomina Krzysztof Cichowski.

– Tak samo było w obozie, podnosił ludzi na duchu, pomagał, dawał nadzieję. Jeden z jego obozowych kolegów, Jan Leśnikowski, po wojnie zadedykował ojcu tomik swoich wierszy. Kilka z nich napisał specjalnie dla ojca. Dla nas to wyjątkowa pamiątka.

Byliśmy obaj zmierzchem i numerami,

Tyś był numerem dziesięciotysięcznym,

Byliśmy jedną rozpaczą i źrenic trumnami,

Ja byłem muzułmaninem sześćdziesięciotysięcznym.

Za przykład biorę zawsze Twe zacne imię,

Wiem, że przez Ciebie zostałem ocalony,

Za to składam Ci hołd w wierszu rymie,

Za to, że życiu zostałem przywrócony.

– Gdy po wojnie ojciec wrócił do Przasnysza, jego koledzy z AK wisieli na szubienicach – opowiada.

Krzysztof Cichowski – Nie ujawnił się więc, wyjechał możliwie jak najdalej, czyli do Szczecina. Oczywiście chciał znowu prowadzić piekarnię. Pomogły mu papiery obozowe, dostał lokalizację. Lata 50. były jednak bardzo trudne dla prywatnej przedsiębiorczości, odbyła się wymiana pieniędzy, wiele zakładów upaństwowiono. Ojciec przez jakiś czas handlował końmi, potem przyjechał do Warszawy. Ze zmiennym szczęściem prowadził kilka piekarni. Ta, która po latach przyniosła mu wreszcie stabilizację finansową znajdowała się w Jeruzalu, 66 km od Warszawy. Dziś wszyscy znają tę wieś, kręcony jest tam serial „Ranczo”, ale w tamtych latach nie dochodził tam nawet PKS. Rodzice pracowali w Jeruzalu przez cały tydzień, do domu wracali na sobotę i niedzielę. To nie były łatwe lata, dorastałem pod opieką starszego rodzeństwa. Gdy rodzice byli już w wieku emerytalnym, razem z rodzeństwem namówiliśmy ich, żeby piekarnię sprzedali i wreszcie odpoczęli. Ale to byli ludzie bardzo przywiązani do pracy. Po roku odpoczynku znaleźli ogłoszenie o sprzedaży piekarni w Uniejowie nad Wartą, kupili ją i wyjechali. My mieliśmy już inne zawody, ale trudno było utrzymać się z pensji, zwłaszcza gdy pojawiły się dzieci. Wkrótce więc dołączyliśmy do rodziców. I znowu zaczęła się nocna praca. Pamiętam, jak o północy piekarze stukali w moje okno wołając: – Magister! Do bułek! Za to w ciągu dnia było spokojnie, wszystko sprzedawaliśmy do godziny dziewiątej rano. Zwrotów w tamtych czasach oczywiście nie było.

Po kilku latach Cichowscy wrócili do Warszawy. Najpierw otworzyli piekarnię przy ulicy Wiatracznej (klienci nadali jej nazwę „Grzybki” – od szczególnego kształtu pawilonów – zaokrąglonych kubików), kolejną przy ulicy Korkowej, już we własnym budynku. Dziś firma rozrosła się, związana z nią jest większość rodziny, w ostatnich latach dołączyło aż pięcioro przedstawicieli trzeciego pokolenia.

W roku 2010, w rankingu TVN Warszawa, widzowie uznali ją za najlepszą piekarnię w mieście. Dużą popularnością cieszy się tu pieczywo pszenne, bułki orkiszowe, bułeczki włoskie z dodatkiem oliwek, ale też chleby na bazie naturalnego kwasu żytniego: dobrodziej, chłopski, razowy, poligonowy, kurpiowski i zaścianek.

Krzysztof Cichowski często wspomina ojca.

– Zawsze mi powtarzał:

Pamiętaj synu, Pracujesz przy wypieku chleba. To szlachetne zajęcie.